Z salonów do dolce vita czyli o tym, jak przestałam udawać entuzjazm

Notatnik Moleskin z 2006 roku. Mały format, twarda, czarna okładka. Charakterystyczna czarna taśma straciła elastyczność i nie ochrania już ciasnym uchwytem zawartości. Ale notatki są, przetrwały.

Na kremowym, gładkim papierze krótkie zdania, myśli. Na poplamionych gdzieniegdzie stronach londyńskie adresy: galeria w Mayfair, księgarnia na Marylebone, której sąsiadką stałam się dwa lata później, Café Royal gdzieś na Regent street, której zupełnie nie pamiętam. Są też ładnie brzmiące nazwy, jak sceneria z bajki, na przykład Labour of Love (praca z miłości), za którą kryje się butik w północnym Londynie, gdzieś w okolicy stacji metra Angel  (Anioł) … Dalej szczegóły wystaw, które trzeba zobaczyć. Nie wystawiane wcześniej fotografie Warhol’a, pokazujące jego fascynację codziennością. A w kolejnym akapicie z wykrzyknikiem, daty wystawy malarstwa rosyjskiego w Royal Academy of Arts. Wtedy nie wiedziałam, że zobaczę te obrazy jeszcze raz w ich domach, w Moskiewskiej Galerii Tretiakowskiej i Ermitażu w Sankt Petersburgu, kilka lat później.

 

W końcu zatrzymuję się dłużej. Na dwóch przeciwległych stronach cytaty. Po lewej, ukośnie, czarnym tuszem o tym, że dusza rozpalona miłością uwalnia nas z win, podpisane metro Victoria line, 3 czerwca 2006r. Z prawej strony kwestia z filmu Felliniego La Dolce Vita, Mastroianni mówi patrząc na Anitę Ekberg, przemierzającą Fontannę di Trevi: „Ona ma rację, a my myliliśmy się co do wszystkiego”.

Urwane myśli kiedyś dla mnie ważne. Szukałam wtedy odpowiedzi na wiele pytań, drogi dla siebie, jakiegoś sensu. Potrzebowałam, żeby ktoś potwierdził moje niepokoje. Że musi być coś więcej niż pogoń i udawany entuzjazm w godzinach pracy. Płynąc na fali korporacyjnego uznania zastanawiałam się kto ma rację a kto się myli. Czy szczerość i prawda mają rację bytu? Czy naiwnym jest nie grać w tę wielkomiejską grę?

W korporacji nie znosiłam poniedziałków. I to nie tylko z oczywistych powodów. Poranek pierwszego dnia tygodnia zarezerwowany był na weekendowy konkurs aktywności. Przymusowo – dobrowolny raport z wolnego czasu, czyli kto najszumniej zagospodarował weekend. Raport przebiegle decydujący o dodatkowych punktach, o dopełnieniu swojego wizerunku w firmie. Taka psychopatyczna spójność. Menedżer zarządzający kilkoma milionami funtów mile widziany na koncertach, wyścigach lub w akcji sportów ekstremalnych. Marketing wiadomo, całonocny clubbing i festiwale. Firma była z obszaru fast fashion więc wszystkich obowiązywała aktywność, zorientowanie w najbardziej obleganych imprezach w mieście i ogólne bycie w sercu najnowszych trendów.

A ja? No cóż. Ryzykowałam opowieściami o wystawach, księgarniach, wykładach i o zgrozo dniach przeleżanych w parkach z książką …. A tak, zdarzało mi się kłamać dla świętego spokoju. Doświadczenie pokazało, że mówienie o weekendzie spędzonym w domu jest co najmniej nie na miejscu. W moim wydaniu najbardziej kontrowersyjna była zawsze prawda.

I pewnie dlatego 3 czerwca 2006 roku w metrze Victoria line, gdzieś pomiędzy Green Parkiem a Islingtonem pisałam o duszy wypełnionej miłością. Tęskniłam za misją, w którą można włożyć serce. Bez rywalizacji, robienia dobrego wrażenia i całkowitego oddania organizacji, z którą poza interesami nic mnie nie łączyło. To było za mało. Potrzebowałam sie obudzić i mieć rzeczywistą chęć przeżycia kolejnego dnia. Moje słodkie życie na salonach jak u Felliniego miało puste wybrzmienie. Nie było pieniędzy na tej ziemi, które zapełniłyby tę pustkę. W Mastroiannim zobaczyłam siebie, poszukującą idealistkę, rozerwaną pomiędzy światami. Poszukiwałam lekkości w różnych miejscach. Czasami w musującym czerwonym prosecco, czasami w butiku Chanel. Bez skutku.

Rozstałam się z poprzednim życiem. Od dwóch lat prowadzę ze sobą bardzo szczere rozmowy. Odpowiadam na pytania, które zadałabym sobie na łożu śmierci. Dokonuję trudnych wyborów. Nie odpowiadam na wiadomości od head hunterów. Wybieram wolność i aktualnie również brak stabilizacji ale robię to co kocham. Prawdziwe dolce vita z bardzo słodkim smakiem głębokiego poczucia sensu.

Dziś, 3 czerwca 2015 roku, dokładnie 9 lat później. Budzę się i dziękuję za kolejny dzień.