Identyczny z naturalnym

 


Mówią, że jesień to ulubiona pora melancholików, których nostalgiczne samopoczucie w końcu znajduje wspólny język z otaczającym światem. Mam w sobie dużo melancholika. I kocham jesień, to moja ulubiona pora roku. Tyle, że z innych powodów.

Jesień budzi melancholika we mnie do wyjścia z letniego snu. Lato to czas, kiedy nostalgiczna i refleksyjna natura zamienia mnie w południowca hibernującego za zamkniętymi okiennicami. Ze wszystkich aktywności życiowych sen pochłania mnie najbardziej.
Jesień budzi mnie do życia. Od najmłodszych lat dawała mi poczucie nie – przemijania a wprost przeciwnie – nowego początku. Nieznany świat w nowych podręcznikach, czyste kartki zeszytów i dużo powietrza do głębokich oddechów.
Dziś ciepły jesienny dzień. Chłodny wiatr zamiata letni kurz. Z chęcią zanurzyłam się w szarości jeżyckich kamienic. Poznańskie Soho żyje nowymi incjatywami, mnie najbardziej cieszą nowe kawiarnie i Skład Kulturalny. W dzielnicy kochającej retro i aspirującej do ulicznego życia Berlina nie mogło zabraknąć pchlego targu. Dziś inaguracja Yeżyce Open Market w podwórkach poznańskich zakładów graficznych. Dwóch lokalnych kloszardów z niedowierzaniem przyglada się wzmożonej aktywności na swojej zwykle przysypiającej ulicy. Ciszę sobotnich poranków do tej pory burzył tylko odgłos zbieranych przez nich butelek i zgniatanych puszek. Teraz ku ich zaskoczeniu rzesza młodych, rozbrajająco jednak podobnie do nich ubranych młodych ludzi, znika w bramie pachnącej kawą i wegańskimi burgerami. Panowie lokalesi wraz ze swoim dziecięcym wózkiem wyładowanym po brzegi recyklingiem, stają się powoli okolicznym folklorem. Idzie nowe, które tylko udaje stare.
Wchodzę na podwórze wypełnione ludźmi, w większości tak zwanymi kreatywnymi. Asymetryczne fryzury, jaskrawo plastikowe oprawki okularów udowadniają posiadanie stylu. Kłopot w tym, że coś, co ma być wizjonerską oryginalnością ginie w tłumie klonów w tych samych rurkospodniach z wiszącym krokiem.
Pomijając prezencję, pozytywnie na mnie wpływa obserwacja tych młodych ludzi, którym się chce realizować pomysły. Szyją, dziergają, gotują i malują. I choć nieskończone rzędy muffinek, chocolate chips cookies i czekoladowych brownies może powodować mdłości to cieszy naturalność składników, tworzyw i fakt, że wszystko jest made in Poland. Zdecydowanie za mało staroci, książek i dziwadeł czyli tego, czym żyje prawdziwy pchli targ. Może z czasem lokalni śmietnikowi baronowie odważą się włączyć w ten hipsterski świat. Klimatu prawdziwego pchlego targu nie da się stworzyć stucznie. Klimat tworzą prawdziwi brodacze z akordeonem i karcianym hazardem. Oni nie słyszeli o modzie na drwala, ich koszule w kratę i długie brody są naprawdę.

Jest Hotel Bristol w Warszawie i jest drewniana ława na wzgórzu w Kalwarii Zebrzydowskiej. Każde z tych miejsc jest na swój sposób niepowtarzalne i luksusowe. Jedno zawdzięcza swój splendor historii i bogactwie, drugie skromności i naturalnemu pięknu. Ale żadne z nich niczego nie udaje. Trzymam kciuki za Jeżycki Otwarty Market. Może w naturalny sposób zasłuży kiedyś na miano pchlego targu.