Beztroska na biegunach

Mam szczęście do ludzi. I jestem prawie pewna, że to najważniejsze ze szczęść jakie można mieć. Po pierwsze trafiłam na rewelacyjnych rodziców, takich co stoją za tobą murem, akceptują cię w całości pomimo swoich wyrazistych osobowości, potrafią być nie poważni, podnosić poprzeczkę kreatywności kiedy ty myślisz, że jesteś oryginalny. Takich co wykładają przed domem czerwony dywan na twój przyjazd (Tak, to miało miejsce w te święta. Serio).


Po drugie trafiałam na niezwykłych przyjaciół, których nazwisk nie wymienię przez dyskrecję, wśród nich są bowiem gwiazdy kina i estrady jak i typy spod ciemnej gwiazdy. Choć ich niezwykłość nie mieści się tylko w talentach ale w byciu w sposób inspirujący, taki, który widzi świat inaczej niż średnia krajowa, który otwiera oczy na inną perspektywę. Ale najważniejsze jest to, że ci ludzie pojawiali się w moim życiu we właściwych momentach z właściwymi słowami. Byli moimi drogowskazami, wybawcami, natchnieniem i tym, czego na różnych etapach życia potrzebowałam.
To, czego potrzebuję teraz jest dość nietypowe. Nietypowe dla tego świata bo jednak ze wszech miar naturalne.
Beztroska.
Stan pogodzenia, akceptacji dla siebie i tego, co przynosi życie. Stan emanowania na zewnątrz bez skupiania się na sobie. Nie wchodzenie w drogę natchnieniu, działanie bądź jego zaniechanie podyktowane podstawowymi instynktami – miłością i prawdą. Tak, wiem. Górnolotne, nie konkretne, nie praktyczne. Jeśli takie odnosisz wrażenie, wiedz, że to iluzja. Nie wiem jak ty ale ja jestem zmęczona słuchaniem głowy. Zabieram manatki i przenoszę się do serca, tam gdzie moje dobro jest traktowane z powagą, gdzie nie ma zmagania ze sobą samym. Nie mam już ochoty słuchać wiecznego potoku myśli oceniających mnie bezlitośnie, wyznaczających niekończące się targety, karcących za negatywny bilans nadludzkich standardów.
Kilkanaście lat w międzynarodowym biznesie pozwoliło mi z bliska przyjrzeć się absurdom ludzkich poczynań. Biznes życzył sobie krótszej zimy w Rosji, mniej upalnego lata na Malcie i wyższych obrotów w Bukareszcie niż w Warszawie. Biznes cenił sobie ambitne i poważne podejście do wyzwań. Biznes był tym samym jednym z najbardziej absurdalnych i odrealnionych światów, w jakich miałam okazję przebywać.
Otoczony zewsząd presją stania się nadczłowiekiem umysł ulega i zaczyna działać jak korporacja. Oczekuje od ciebie dogłębnych analiz i wybitnej kreatywności, produktywności gdzieś na granicy szybkości geparda i siły słonia, przywództwa, innowacyjności, skuteczności i charyzmy. Liczba odbytych szkoleń staje się kolejnym ważnym punktem w portfolio. Negocjacje, relacje, manipulacje i mój ulubiony wątek z cyklu opanujmy siły natury – zarządzanie czasem (tylko na marginesie – nie, nie można zarządzać czymś czego się nie jest w posiadaniu).
Odpoczywam nad morzem. To sprzyja przemyśleniom, na szczęście jeszcze potrafię się zatrzymać. Obserwując niewzruszony spokój łabędzi spacerujących brzegiem morza zastanawiam się dlaczego wciąż wpadam w tę pułapkę kontrolowania rzeczywistości, na wzór korporacji podejmowania się kontrolowania tego, czego kontrolować się nie da, tak jak nie można zarządzać czasem. Czas jest i płynie bezustannie, nie zważając na zawartość twojego kalendarza i dalekosiężność planów. Znam już wszystkie mechanizmy a mimo to wpadam w pułapki nawyków puszczonego kiedyś samopas ego. Widzę to dopiero teraz kiedy przystanęłam na chwilę próbując objąć wzrokiem ogrom bałtyckiej plaży. Nie da się, jest za długa, zbyt otwarta na horyzont. W jednym czasie mogę albo obserwować wiatrak i wypływające z redy promy albo migające światła kurortów w niemieckiej części wyspy. Nie widzę całości. Tak jak nie widzę całości życia a mimo to staram się kontrolować ze wszystkich sił jego przebieg.
Chcę do mojego życia wpuścić więcej powietrza, rozszerzyć horyzont, nie stać wciąż na straży. Poczułam to wtedy stojąc nad brzegiem morza, w jednej ręce czapka, w drugiej szalik, zima nie chce być zimna i nikt tego nie zmieni. Prognozy biznesowe największych korporacji ani moje plany nie zabronią zimie być wiosną jeśli tak zechce.
Brakowało mi tylko konkretów, dobrej ilustracji tego czym jest stan beztroski.
Jak zawsze w momentach przełomowych pojawił się właściwy człowiek z właściwym przesłaniem.
Jest księdzem, do tego proboszczem, który zważywszy na zasoby ludzkie przekracza rekordy produktywności. Krótko mówiąc ma co robić i robi więcej niż musi.
Aura beztroski nie opuszcza go, jest z nim wszędzie, bezustannie. Jeśli zdarzy ci się przebywać w jego kościele będziesz wiedział kiedy się pojawi. Najpierw usłyszysz śpiew. Radosny śpiew – to ważne, szczególnie gdy pojawia się o 6 rano w zaciemnionym kościele przed mszą roratnią. Tego poziomu otwartości i swobody w byciu nie nauczysz się na szkoleniach. To wymaga innego punktu wyjścia.
Stoję przed kredensem wypełnionym filiżankami do kawy. W ogóle mnie nie dziwi, że człowiek, który ma być moim drogowskazem w podróży do serca jest jak ja, miłośnikiem kawy. Trudny wybór, są piękne, decyduję się na granatowo złotą, ręcznie malowaną, cienką porcelanę z Sankt Petersburga. Rozmawiamy długo, czuję, że ogarnia mnie spokój i podejrzana wesołość, tak jakby ktoś wprawił w wibracje dawno nie używane struny. Ksiądz siedzi naprzeciw mnie w fotelu bujanym i buja się tak jakby nie obowiązywały prawa przyciągania.
„Spadł ksiądz kiedyś?” – pytam
„Pięć razy w ostatnich trzech latach” – odpowiedział bez chwili namysłu. „Ostatni raz pomiędzy mszami. Przyszedłem tu zrelaksować się chwilę, rozmawiałem przez telefon. Rozbujałem się do tej cienkiej granicy, kiedy tylko silny wymach nóg mógłby mnie uratować od upadku. I dokładnie w tej sekundzie pomyślałem – a co tam … i upadłem”
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem, tylko że ja długo nie mogłam przestać. Tak! Mam to! Idealna ilustracja beztroski. Właśnie tak chcę być!
Z plebanii skierowałam się wprost na plażę. Lekko zataczając się ze śmiechu pomyślałam – chwilo trwaj. Ta rezygnacja z kontroli w ostatniej sekundzie przed dachowaniem bujanego fotela jest doskonałym symbolem beztroski. Niekontrolowanego poddania się temu co przynosi życie z ufnością i otwartością.
Tak chcę.

O początkach drogi do beztroski przeczytasz tutaj